- Isabelle, obudź się. Cholera, spóźnimy się na lekcje! Belli! Wstawaj! Zaspana otworzyłam oczy. Nad sobą ujrzałam błękitne tęczówki mojej przyjaciółki, Beth. Jej blond kosmyki łaskotały mnie po twarzy. - Lizz, daj mi spokój. - warknęłam. - Poszłam spać o czwartej! - Czyś ty oszalała? Wczoraj były twoje siedemnaste urodziny, rozumiem, ale czy nie przesadziłaś? - jęknęła Elizabeth. - Lizz, wstała już? - usłyszałam od drzwi głos Veronici. Prychnęłam i sturlałam się z łóżka wprost na stopy Eli. Blondynka stęknęła. - Isabelle Ann Landert! Złaź z moich nóg! - krzyknęła dziewczyna. Zachichotałam i wyplątałam się z zielonej kołdry. - Już idę! - krzyknęłam, biegnąc do łazienki. W tempie ekspresowym uczesałam się i umalowałam. Zamarłam, przypominając sobie wydarzenia z poprzedniej nocy. Siedemnaste urodziny, wymknięcie się z Hogwartu, zielony strumień światła kierowany w stronę Charlusa Pottera... Wzdrygnęłam się. Zabiłam go, zabiłam. W Proroku Codziennym na pewno będzie pisało o jego ś...