Przejdź do głównej zawartości

Rozdział 1. "Egoizm i plan"

- Isabelle, obudź się. Cholera, spóźnimy się na lekcje! Belli! Wstawaj!
Zaspana otworzyłam oczy. Nad sobą ujrzałam błękitne tęczówki mojej przyjaciółki, Beth. Jej blond kosmyki łaskotały mnie po twarzy.
- Lizz, daj mi spokój. - warknęłam. - Poszłam spać o czwartej!
- Czyś ty oszalała? Wczoraj były twoje siedemnaste urodziny, rozumiem, ale czy nie przesadziłaś? - jęknęła Elizabeth.
- Lizz, wstała już? - usłyszałam od drzwi głos Veronici. Prychnęłam i sturlałam się z łóżka wprost na stopy Eli. Blondynka stęknęła.
- Isabelle Ann Landert! Złaź z moich nóg! - krzyknęła dziewczyna. Zachichotałam i wyplątałam się z zielonej kołdry.
- Już idę! - krzyknęłam, biegnąc do łazienki. W tempie ekspresowym uczesałam się i umalowałam.
Zamarłam, przypominając sobie wydarzenia z poprzedniej nocy. Siedemnaste urodziny, wymknięcie się z Hogwartu, zielony strumień światła kierowany w stronę Charlusa Pottera...
Wzdrygnęłam się. Zabiłam go, zabiłam. W Proroku Codziennym na pewno będzie pisało o jego śmierci. James dowie się tego dopiero dziś, podczas śniadania...
Wracając do pokoju, wpadłam na Yvonne, ostatnią lokatorkę naszego dormitorium.
- Jest godzina ósma trzydzieści. - poinformowała mnie swoim anielskim głosikiem. Pokiwałam głową. - Śniadanie już się zaczęło.
Obdarzyłam ją bladym uśmiechem. Żadna z moich przyjaciółek nie wiedziała, kim jestem. Żadna nawet nie domyślała się, iż mogę mieć na przedramieniu Mroczny Znak. Choć wcale tego nie chciałam.
Przebrałam się z pidżamy w śnieżnobiałą koszulę, zieloną spódnicę, białe zakolanówki, pantofelki i pelerynę w odcieniu zieleni z herbem Slytherinu. Zawiązałam krawat i przypięłam do szaty odznakę Prefekta Naczelnego. Byłam z niej cholernie dumna. Zaczęłam wrzucać podręczniki do skórzanej torby. Elizabeth, Yvonne i Veronica przyglądały się, jak męczę się z jej paskiem.
- Może ci pomóc? - wykrztusiła wreszcie Yvo, zerkając na zegarek. Westchnęłam i złapałam różdżkę, rzucając odpowiednie zaklęcie.
Poczułam przeraźliwy ból na prawym przedramieniu.
- Ty to masz dobrze, Issie. - westchnęła Vera, gdy kierowałyśmy się już w stronę Wielkiej Sali. - Możesz już używać czarów bez konsekwencji.
- Ja mam urodziny dopiero w wakacje! Nie wytrzymam! - jęknęła Lizz.
- No ale Isabelle jest od nas starsza. - zauważyła Yvonne. - Chodzi z nami do klasy tylko dlatego, że takie prawo wymyśliło Ministerstwo.
- Niby racja, chociaż... - wtedy wyłączyłam się. Nie miałam zamiaru słuchać znowu, jakie to mam szczęście, bo urodziłam się czwartego września.
Do Wielkiej Sali weszłyśmy w momencie, kiedy przy stole Gryffindoru sadowili się Huncwoci, z Evansówną na doczepkę. Szybko skierowałam się do Ślizgonów.
Jedząc jajecznicę, myślami byłam gdzie indziej. Zastanawiałam się, co by było, gdyby ktokolwiek dowiedział się, iż jestem w szeregach Voldemorta. To byłaby katastrofa.
Pomyślałam, że to nie moja wina. To rodzice zmusili mnie do tego. To nie był mój wybór. Nie miałam wyboru.
Nad głowami uczniów rozległ się szum skrzydeł. Setki sów latały nad stołami, szukając adresatów listów i paczek. Na talerz przede mną upadła gazeta. Natychmiast porwałam ją w dłonie i rozwinęłam.
Pierwszą stronę zajmowało ogromne zdjęcie ojca Pottera. Nagłówek głosił: Znany auror zamordowany w własnej rezydencji w Dolinie Godryka. Sprawca nieznany.
Spojrzałam na Jamesa w odpowiednim momencie, by zobaczyć iż zrywa się z miejsca i wybiega z Sali. Jego paczka nawet nie drgnęła, patrząc z niedowierzaniem na gazetę. Nie myśląc wiele, powstałam z ławki i pobiegłam za nim.
- Isabelle, co ty robisz? - zawołała za mną brązowowłosa Veronica. - Niedługo lekcje!
Zaczęłam rozglądać się w poszukiwaniu Pottera. Usłyszałam głośne kroki na głównych schodach, więc właśnie tam pobiegłam. Wzdrygnęłam się, czując ból w kolanie. Musiałam się potknąć.
Z bocznego korytarza dobiegło mnie pociąganie nosem. Powoli podniosłam się i poszłam w tamtym kierunku.
- James? - wyszeptałam.
- Odwal się, Landert. - prychnął brunet przez łzy. Nie widziałam jego oczu, gdyż szkła okularów miał kompletnie zaparowane. Uklęknęłam przed skulonym chłopakiem.
- Powiedziałem coś. - warknął Potter. - To wszystko przez waszego Voldemorta. - ostatnie słowo wycedził z jadem w głosie. - Wy, Ślizgoni, jesteście tacy sami. Cholerni Śmierciożercy.
- Potter. - powiedziałam ostrzegawczo. - Chciałam ci pomóc, ale cóż... Chyba jesteś zbytnim ignorantem.
Podniosłam się z klęczek i obrzuciłam czarnowłosego ponurym spojrzeniem. Odwróciłam się z godnością i ruszyłam z powrotem ku Wielkiej Sali.
- Może i masz rację. - wyszeptał James. Nie odwróciłam się. Jego głos został zagłuszony przez dzwonek.


***


- Przepraszam, panie profesorze. - wykrztusiłam z ledwością, wbiegając do sali eliksirów. W drodze tutaj musiałam przebiec pół szkoły. - Bardzo przepraszam. - Nie było Jamesa.
- Oh, nic się nie stało, Bello. - zaśmiał się Slughorn. Od zawsze mnie uwielbiał. - Siadaj, siadaj. Nawiasem mówiąc, żałuję, że nie mogłaś przyjść na ostatnie spotkanie naszego klubu. Ominęło cię tak dużo...
- Na pewno pojawię się następnym razem, panie profesorze. - obdarzyłam go uśmiechem, siadając obok moich przyjaciółek, rzucających mi zaciekawione spojrzenie.
Slughorn zachichotał.
- Oczywiście, Bello. Czy mogłabyś usiąść jednak przy tamtym stoliku? - wskazał na pobliskie miejsce. - Dla wybitnych uczniów przygotowałem coś trudniejszego.
- Nie ma żadnego problemu, profesorze. - rzuciłam radośnie, jednocześnie klnąc w myślach nauczyciela. Kiedy jednak ujrzałam, KTO siedzi przy tym stole, pomyślałam, że jest mi to na rękę. Z entuzjazmem usadowiłam się tuż obok Lily Evans i Remusa Lupina.
- No i jak? - syknęłam do tej dwójki, rozkładając swoje ingrediencje. - Tatuś Potterka wreszcie wykitował?
Z zadowoleniem patrzyłam, jak Ruda powstrzymuje się od rzucenia na mnie. Huncwot zacisnął dłoń w pięść.
- Bello, otwórz książkę na stronie 173. Wy warzycie dziś Eliksir Tabento*. - za moimi plecami rozległ się głos profesora.
- Oczywiście, panie profesorze. - udałam uśmiechniętą. - A wy jak? - wyszeptałam do dwójki Gryfonów. - Nie pobiegliście za Potterem, kiedy wybiegł z Wielkiej Sali? Co z was za przyjaciele? - droczyłam się.
- Nie interesuj się, Landert. - wycedził Remus. Na jego szacie błyszczała odznaka Prefekta Naczelnego (pełnił tę funkcję, bądź co bądź, ze mną, Lily natomiast była zwykłym prefektem). - To nie twoja sprawa, więc łaskawie się zamknij.
- O, jaki wyszczekany. - zadrwiłam, jednocześnie czytając przepis eliksiru. - A ty, Evans? Też coś powiesz?
- Tak. - wyszeptała Lily. - Jesteś podłą suką. To wszystko twoja wina.
Zamarłam. Czyżby wiedziała?
- Doprawdy? - zachichotałam, tnąc na kawałeczki korzonki smoczej sosny*. - Może mi próbujesz wmówić, że to ja zabiłam jego tatulka?
To stało się w ułamku sekundy. Evans, która siekała ingrediencje, rzuciła we mnie nożykiem. Narzędzie minęło mnie o cal.
- Lily! Co ty robisz, kochana? - krzyknął Slughorn. Teraz wszyscy się na nas gapili.
- Przepraszam, profesorze. - wykrztusiła Ruda, podnosząc ostrożnie przedmiot. - Nóż wyleciał mi z ręki. - Nie umiała kłamać. Nauczyciel jednak uwierzył jej, tak samo, jak pewnie innym członkom klubu Ślimaka
Zaśmiałam się pod nosem z jej celności, podgrzewając wodę w kociołku, która trochę ostygła. Evans obrzuciła mnie niezbyt miłym spojrzeniem.
- Tak. - mruknęła. - To ty zabiłaś ojca Jamesa. - Lupin zerknął na nią, zaskoczony. - Mam takie przeczucie.
- To może zachowaj swoje przeczucie na jakąś inną okazję, Evans. - ucięłam rozmowę.
Wlewając sok z fasolek Ofia* do mikstury, ręce lekko mi się trzęsły. Lily miała rację. Nie byłam jednak pewna, czy wie dokładnie, co się stało. To nie twoja wina, mówiłam sobie w duchu, to była konieczność. Chyba, że wolałam umrzeć.
Dziesięć minut przed dzwonkiem Severus Snape, siedzący obok mnie, podniósł rękę.
- Czy coś się stało, Severusie? - spytał Slughorn, podchodząc do naszego stolika.
- Już skończyłem eliksir, profesorze. - pochwalił się brunet. Nauczyciel uśmiechnął się i nabrał trochę mikstury na chochlę.
- Idealna konsystencja, wyważone proporcje... - zaczął go chwalić. Ruda również oznajmiła swoją gotowość. Niezauważenie wrzuciłam do kociołka Evans listek mięty. - Och, i Lily, ty też? Ale, cóż to?
Mikstura Gryfonki zaczęła bulgotać i wybuchła tuż przed nosem.
Okropny smród wypełnił całą klasę. Przez czarny dym nie było nic widać. Najbliżej siedzący uczniowie zaczęli się krztusić.
- Lily! - wykrzyknął Slughorn, patrząc na dziewczynę z naganą. - Minus pięć punktów dla Gryffindoru. Dlaczego dodałaś miętę? Musiałaś wiedzieć, co się dzieje z eliksirem po chociażby odrobince.
W tym samym momencie zabrzmiał zbawienny dla mnie dzwonek. Wszyscy zerwali się z krzeseł, wrzucając pośpiesznie rzeczy do torby. I ja zaczęłam się pakować, pragnąc oddalić się od Rudej Furii, jak ją nazywałam, jak najszybciej. Porywając z krzesła torbę wypadłam z sali, wpadając na przyjaciółki.
- Chodźcie. - syknęłam, ale coś pociągnęło mnie za rękaw. Odwróciłam się. Tym czymś była Evansówna.
- Ty chyba sobie żarty stroisz, co? - syknęła, lustrując mnie zielonymi tęczówkami. - Specjalnie wrzuciłaś miętę do mojego kociołka?
Stałyśmy na środku korytarza, obrzucając się wściekłymi spojrzeniami. Za Lily stanął Remus oraz Syriusz Black, który jakimś cudem zdał dwa lata temu SUMy z Eliksirów. Peter Pettigrew - ostatni Huncwot - już nie zdał, i wcale mnie to nie zdziwiło.
Za mną ustawiły się Beth, Yvonne i Vera, również z bojowymi minami, gotowe rzucić się wrogom do gardeł.
- Odpowiedz. - warknęła Evans, sięgając do kieszeni. Prychnęłam.
- Idźcie. - szepnęłam do przyjaciółek, które niechętnie wypełniły prośbę. - Bo co? - dodałam głośniej w stronę Rudej. - Co mi zrobisz? Naskarżysz na mnie... - zawahałam się. - ... Szlamo?
Dwójka Huncwotów natychmiast wyciągnęła różdżki, z których wyleciały  strumienie złotego światła. Sięgnęłam za pazuchę i z łatwością je odbiłam.
Teraz rozpętał się pojedynek. Lily również wyjęła różdżkę i razem z chłopakami strzelała we mnie zaklęciami, lecz ta trójka nawet nie dawała rady ze mną - mistrzynią pojedynków sprzed roku.
Nagle czarny strumień, który wydobył się z mojej różdżki, trafił prosto w twarz Blacka. Z jego nosa zaczęła obficie kąpać krew, barwiąc śnieżnobiałą koszulę. Chłopak chciał coś powiedzieć, ale zakrztusił się - krew wylewała się również z jego gardła. Syriusz upadł na posadzkę, a Remus i Lily rzuciły się ku niemu.
- Trzeba go przetransportować do Skrzydła Szpitalnego.
- Szybko! - przekrzykiwali się. Korzystając z okazji, umknęłam w stronę lochów mieszkalnych.
Postanowiłam odpuścić sobie historię magii. Wątpię, by Binns zauważył nawet czyjąś nieobecność.
Podeszłam czym prędzej do ściany - drzwi wejściowych.
- Szkarłatny wąż. - mruknęłam i wbiegłam do Pokoju Wspólnego, a z stamtąd do dormitorium. Padłam na łóżko jak długa, a Morfeusz zamknął mnie w swoich ramionach.


***


Obudziłam się nagle. Cholera.
Jak mogłam przespać nie tylko Historię, ale i Zaklęcia?
Na brodę Merlina!
Zerwałam się z łóżka i wybiegłszy z pokoju, poleciałam (prawie jak na miotle) do klasy, w której za chwilę miała się zacząć Transmutacja. Przecież nie mogłam się spóźnić!
Ale się spóźniłam.
- Przepraszam, pani profesor. - krzyknęłam, wbiegając do sali. Oczy wszystkich były skierowane na mnie. McGonagall zmierzyła mnie ostrym wzrokiem.
- Minus dziesięć punktów dla Slytherinu. - mruknęła, po czym pochyliła się i zaczęła coś skrobać po pergaminie. - Siadaj. - warknęła, nawet na mnie nie patrząc.
Leniwym krokiem skierowałam się do ławki, którą zawsze dzieliłam z Xavierem Tanner - Ślizgonem, który był moim dobrym znajomym... z szeregów Śmierciożerców.
- Hej, Xav. - szepnęłam, rozglądając się po klasie. Evans i Lupin gromili mnie wzrokiem. Blacka i Pottera nie było, a Pettigrew nie zdał również i z tego przedmiotu. Yvonne i Lisbeth siedziały na pierwszej ławce. Veronica nie kontynuowała Transmutacji na OWuTeMy.
- No nieźle, Bell. - zachichotał chłopak, przyglądając mi się uważnie. - Najpierw spóźnienie i akcja na Eliksirach, potem ten pojedynek na korytarzu, nieobecność na Historii i Zaklęciach, a teraz znowu spóźnienie. I ty jesteś panią Prefekt?
- Lupin też nim jest. - warknęłam. - A pragnę ci przypomnieć, że jego paczka robi więcej akcji niż ja.
- Landert! - Ups. Nauczycielka chyba się wkurzyła. - Co to za gadanie na lekcji? Minus pięć punktów.
Wstała i zaczęła tłumaczyć coś. No właśnie, coś. Wyłączyłam się i wyciągnęłam z torby Cukrowe Pióro** z Miodowego Królestwa, po czym zaczęłam je ssać.
- Na następną lekcję napiszecie wypracowanie. Trzy rolki pergaminu. - zakończyła McGonagall. Zamarłam.
- Ile?! - krzyknęła cała klasa jednocześnie. Zadzwonił dzwonek.
- Trzy rolki. - powiedziała spokojnie profesorka. - Landert, Evans, Lupin, chodźcie na chwilę. - No i jestem w czarnej dupie.
Podeszłam do biurka.
- Landert, słyszałam, że na przerwie zaatakowałaś pana Blacka. - zaczęła groźnie McGonagall, patrząc na mnie ze zmrużonymi oczami. - A wcześniej drwiłaś ze śmierci ojca pana Pottera.
- Nie drwiłam, tylko uprzejmie zasugerowałam, że przyjaciele Pottera nie pocieszali go, jak przystało na przyjaciół. - zauważyłam chamsko. Nauczycielka zmrużyła oczy.
- A... - zaczęła.
- A Black pierwszy rzucił zaklęcie. - przerwałam jej.
- Nazwała Lily... - wtrącił Remus.
- ... szlamą. - dokończyłam. Wiedziałam, że przeginam. - Ale to przecież czysta prawda.
Zapadła najgłuchsza cisza w całym moim życiu. Słyszałam, jak cała trójka oddycha głośno, niczym ofiary hiperwentylacji.
- Szlaban, Landert! - krzyknęła McGonagall. - Tygodniowy szlaban u pana Filcha i minus pięćdziesiąt punktów dla Slytherinu! A teraz marsz na lekcje, wy też.- machnęła na Rudą i Huncwota.
Wybiegłam czym prędzej z sali.


***


Siedząc na numerologii, mazałam piórem po pergaminie. Kiedy profesor Giweryl zaprosiła mnie do odpowiedzi, zarumieniłam się i bąknęłam coś o moim nieprzygotowaniu do lekcji. Kiedy nauczycielka obdarzyła mnie niezbyt przychylnym spojrzeniem i oznajmiła, że tym razem mnie nie ukara, odetchnęłam. Już dość miałam kar, szlabanów i punktów.
Zerknęłam na pierwszą ławkę. Siedzieli tam Evans i Lupin. Oni chyba chodzą na wszystkie przedmioty, pomyślałam, patrząc, jak skrobią zawzięcie po papierze.
Znów popadłam w otępienie, lecz szybko się z niego wyrwałam. W głowie miałam już misterny plan, który musiałam wprowadzić w życie. Już wiedziałam, jak zemścić się na Rudej. Pana Prefekta zostawię na później, pomyślałam, teraz skupię się na Lily. O, za pięć minut dzwonek. Idealnie.
I już pergaminowa karteczka leciała w stronę rudej kupy włosów. Evans szybko złapała ją i otworzyła.
~ Jutro rano, gazetka szkolna, pierwsza strona ~
Ruda Furia wzdrygnęła się i wyrzuciła papierek. Potem nachyliła się do Remusa i szepnęła mu coś na ucho. Blondyn zesztywniał, a ja wiedziałam już, że Evans jutro zabije Jamesa.


* wymyślone przeze mnie
** polecam "Harry Potter i więzień Azkabanu" rozdział piąty

Komentarze